piątek, 1 czerwca 2012

Facebook zmienia ludzi...

Niejedna tega glowa juz to zauwazyla, obadala i opowiedziala swiatu - FaceBook zmienia ludzi. Moze nie do konca ich samych, ale napewno sposoby kontaktowania sie. Google kiedys wyszlo z projektem Wave. Nie przyjal sie za bardzo. Facebook sprawil, ze zamiast uzywac emaili, gg, icq, czy innych komunikatorow, nie wspominajac juz o SMS'ach, uzywamy glownie wiadomosci na FB (prywatnych i tych na scianie). Czasem to ulatwia zycie, czasem sprawia ze sie mozna pogubic, bo na przyklad wole miec wazniejsze rzeczy w mailu, a luzniejsze sprawy na FB na przyklad. Rzecz jednak w tym, ze od 10 dni nie zalogowalem sie na tymze portalu spolecznosiowym i tak jakby zniknalem. Niektorzy przypomnieli sobie natomiast o tym, ze maja moj numer telefonu. To mile! Swiat sie jednak nie zawali bez FaceBooka, a ja moze jutro, albo "na dniach" znow sie tam zaloguje.

PS. Tak, informacja o tym wpisie pojawi sie na FB, bedzie wygladala jakbym to ja ja wstawil. Tak samo jak pare zdjec przeslanych przez aplikacje Instagram. Tak sie akurat sklada, ze takie rzeczy mozna sobie ustawic by sie automagicznie pojawialy na profilu, wiec wcale nie znaczy to, ze to ja je tam wstawilem. Niech zyja automaty! Hip hip hurrrra!

Jeszcze jedna informacja z tzw ogloszen duszpasterskich. Moj adres email (ten wg wzoru imie@nazwisko.com) jest przypisany do komunikatora iMessage, wiec wybrani (czyt: ci co maja jakies ajplowe zabawki) moga do mnie pisac w ten sposob, a ja na mojej podstawce na czajnik bede mogl to przeczytac.

niedziela, 20 maja 2012

Niebezpieczny Belfast, wielokulturowe Birmingham

W dobie kryzysu, kiedy to niektore jednostki narzekaja, ze jest zle i ogolnie wszystko nie tak, jak sie okazalo jak ktos chce, to jednak moze i w pracy (jednej z wielu zreszta) dostalem awans. Skutkuje on polepszeniem mojej ulubionej rzeczy zwiazanej z jakakolwiek praca... wyplata! W zwiazku z tym trzeba po przejsciu testu wewnetrznego i okreslenia ogolnego tzw performance trzeba zwiekszyc swoje kwalifikacje kursem. Oplaca go firma, funduje hotel, przejazdy (a wlasciwie przeloty samolotem) i do tego zapewnia samochod i jedzenie. Zyc, nie umierac. Szkolenie odbywa sie w kampusie Birmingham Metropolitan Collage i trwa dwa tygodnie, a to wiaze sie jednoczesnie z koniecznoscia zostania przez ten czas na duuuuzej Wyspie. Natura zwiedzacza i ciekawskie spojrzenie na swiat, nie pozwalaja mi jednak zostac caly czas w hotelu, wiec czas na lowy przygod i wspomnien, a czy tych dobrych to sie okaze. Jesli chodzi o czesc szkoleniowa, to wszystko przebiega wspaniale i zlego slowa nie powiem, bo nie ma na co. No doba... moze sie czepie tylko 'zupy dnia' w hotelu. Pomimo, ze ow hotel to nie byle jaka sprawa, bo Holiday Inn, to zupa dnia jest jak na razie zupa tygodnia. Mniejsza jednak o to, bo nie o zupie ma byc ten wpis (Ola bedzie niepocieszona). Rozmowy o zagrozeniu. Na szkoleniu jest 13 osob (tylko dwie osoby z Polnocnej Irlandii - wliczajac mnie rzecz jasna). Nie wszyscy jednak nawiazali jakis wiekszy kontakt i raczej trzymaja sie w grupach zgodnie z podzialem na miasto z ktorego pochodza (bo wtedy razem pracuja). Jest jednak pewna czesc osob, ktore sie nie ograniczaja tylko do swojego terytorium i rozmawiaja z innymi. Tak oto pojawiaja sie dwie jednostki, jedna z Birmingham, druga z Londynu (o reszcie napisze moze w innym wpisie). Uzywac imion nie bede, bo nie sa tutaj wazne. Powiedzmy, ze Pan B jest z Birmingham, a Pan L z Londynu. Wszystko zaczelo sie od Pana L. Jak sie okazalo, do 2002 roku byl on w Polnocnej Irlandii i pracowal jako... zolnierz. 22 lata pracy z karabinem w reku i to nie podczas pokoju, a wlasnie podczas The Troubles (jesli ktos nie wie o co chodzi, to google przyjdzie z pomoca, ewentualnie jakies tam naswietlenie sytuacji dadza filmy na youtube: film 1, film 2). Dzisiaj wyglada to nieco inaczej i jest tego zdecydowanie mniej, choc na zdjeciach potrafi to wygladac tak: Belfast 2011 w moim obiektywie. Rzecz z tym, ze to zdjeciowa sciema, taka sama jak pokazuje to TV. Wszystko polega na wybiorczym podaniu informacji, a jak wiemy media zywia sie sensacja i jak gdzies ladnie kwiatki pachna i jest milo i sympatycznie, to napewno nie zobaczymy o tym informacji w wiadomosciach. Zycie w Polnocnej Irlandii ma swoje plusy i minusy jak w kazdym innym kraju. Roznica polega na tym co odbieramy jako normalne, a co nie. Jako normalne zatem beda patrole w helikopterach, policja uzbrojona po zeby (opancerzone auta, karabiny maszynowe), czy alerty bombowe. Zycie jednak bedzie toczylo sie dalej i do momentu kiedy nie wciskasz nosa w nie swoje sprawy i nie wychodzisz poza blokade policyjna, mozesz czuc sie bezpiecznie. Kumulacja tych informacji moze zdziwic, ale suma sumarum niebezpieczenstwo zycia w takim miejscu moze (dla mnie jest) mniejsze niz przejscie sie ciemnymi uliczkami Warszawy z ipodem w reku. Pan B dziwil sie zatem co ja, Polak robie w takim miejscu i dlaczego je wybralem. Wybor tak naprawde byl przypadkowy. Byl caly lancuszek zdarzen ktore sprawily, ze znalazlem sie wlasnie tutaj i szczerze mowiac jest mi z tym dobrze, a osobom ktore mnie do tego naklonily jestem wdzieczny. Pan L natomiast opowiedzial to i owo co tutaj sie dzialo podczas najwiekszych zamieszek, a wiedza jego jest oparta na tym w czym uczestniczyl, a nie to co widzial z daleka, czy uslyszal z opowiadan. W tym wszystkim byl tez Pan Blf (czyli taki co sie urodzil w Belfascie i nadal tam mieszka). To co jest teraz, to juz tylko od tak dla zabicia nudy. Kiedys bylo dla zabicia przeciwnika. Tak czy siak, wszystko sprowadza sie obecnie teraz do tego, ze spora czesc osob zyje pamiecia o dawnych czasach i nadal sadzi, ze Polnocna Irlandia to totalna dzicz pod wzgledem zachowan (militarnych/terrorystycznych) i najlepsza okazja to tego, by stracic zycie lub conajmniej dorobic sie kulki w kolanie. Tak nie jest. Belfast jest spokojny, tylko czasem pokazuje (pokazuje tutaj ma znaczenie pokazywania, a nie stwarzania jakichs koszmarnych niebezpieczenstw), ze sa jeszcze tacy co pamietaja co sie stalo kiedys. W sumie to takie Jarki Kaczynskie, co jeszcze przez kilka dekad (jak nie wiecej) beda wypominac cos co sie stalo kiedys, zamiast dojsc do jakiegos porozumienia. Racja musi byc, a ta najmojsza jest najsluszniejsza. O! Zasciankowosc No i tu pojawia sie zgryz i zdziwienie. Pierwsze tygodnie, a nawet miesiace pobytu w Polnocnej Irlandii pokazywaly jak zasciankowa jest Polska. Malo otwarta na osoby o innym kolorze skory, innej religii, innej orientacji seksualnej. Majac te wszystkie nalecialosci, idac na 'teczowa parade' (tak! ta z gejami, lesbijkami i transseksualistami) mialem nadzieje zlapac na zdjeciach jakies zadymy, walki, kontrmanifestacje z ceglami, itd. Szybko jednak okazalo sie, ze to tylko moje chore, zdeformowane przez Polske podejscie do sprawy homoseksualizmu. Choc sam nie mam nic przeciwko takim osobom, to moje myslenie bylo typowe dla polskich realiow. Zaskoczenie, bo walk nie bylo, przyjemna i mila atmosfera bez wytykania nikomu jego spraw lozkowych, a i hetero mieli co robic na tej paradzie i dobrze sie bawili. Od tamtego czasu rok w rok chodze na ta parade i robie zdjecia, ale juz nie w poszukiwaniu problemu, tylko usmiechu i szczescia. Choc jest tam jakas mala grupka a'la PIS, co to przez megafon musi sobie pokrzyczec, to nikt nie obrywa kamieniami, ani interwencje policji nie sa wymagane. Co lepsze, parada przechodzi nie zwracajac zupelnie uwagi na tych co czuja koniecznosc wyrazenia swojego braku akceptacji na innych. O co jednak chodzi z zasciankowoscia? W Belfascie zyja przeciez Polacy, Chinczycy, Portugalczycy, Hiszpanie, Wegrzy, Czesi, Slowacy, itd. Rzecz polega na tym, ze porownujac to do Birmingham, to jest to maly zascianek Europy, gdzie fakt faktem zjechalo sie troche roznych ludzi i praktycznie nikt nie ma problemu z "tym przyjezdnym", ale to jeszcze nie to. Nie ta Globalna Wioska. Ona dotarla dopiero na Wyspe obok. Muzulmanie, Afroamerykanie, Azjaci... po prostu bosko! Siedze w stolowce na uczelni, przy stoliku obok mnie dwie mlode (staram sie osadzic po rekach, bo widac tylko rece i oczy, reszta zaslonieta) muzulmanki, 2 czarnoskorych "raperow" (wygladaja tak jak przecietny raper z przecietnego teledysku - czarnoskory, obwieszony zlotem, czapka lekko w bok, dresik, adidaski), wraz z nimi jeszcze jakis "bialas" i dwie Azjatki. Boski widok! Nikomu nic nie przeszkadza, nikt nie przywiazuje uwagi do czujegos ubioru, wspolnie rozmawiaja, jedza lunch i wspolnie pojda na zajecia. Dopiero to uswiadamia jak Polska jest jeszcze daleko w tyle jesli chodzi o tolerancje i jak daleko w tyle jest tolerancja na... Belfast. Sa tu przeciez praktycznie te same nacje, ale porownujac ich ilosc, to nadal nie jest ten sam, cudowny dla oka i duszy, mix kulturowy. Gdybym mogl zdecydowac co mozna zmienic w stolicy Polnocnej Irlandii, to bym tu sprowadzil jeszcze wiecej osob o innym kolorze skory niz bialy. Potezna ilosc Hindusow, Czarnoskorych i Azjatow w otoczeniu daje naprawde super mozliwosc dowiedzenia sie z pierwszej reki o ich kulturze, religii, zwyczajach... o wszystkim! Samo Birmingham jesli chodzi o zycie tam jest dla mnie tragedia i ciesze sie, ze tylko na czas szkolenia musze tam byc. Drogi choc cudownie plaskie, to zakorkowane niczym znienawidzona Warszawa. Fotoradar co jedna mile i tu zagwozdka kolejna, bo jak jest 30mph, to ja jade 30, a nawet autobus komunikacji miejskiej mi mruga swiatlami ze za wolno! Co jest do cholery? Wszyscy mnie wyprzedzaja, mrugaja, a znaki mowia "jezdziesz dobrze, a jak przyspiepszysz, to dostaniesz BDZ" (Bardzo Drogie Zdjecie - czyli nie chciane, slabej jakosci foto za ktore i tak zaplacic musisz). Co gorsza, w centrum miasta momentami ograniczenie jest 20mph na drodze glownej, a jak sie z niej zdjedzie na jakas boczna uliczke, to juz 30. O zgrozo! Nic mnie nie zmusi do zasiedlenia takiego miasta. Sprawdzilem w swoim samochodzie jaka mam srednia z ostatnich 1600mil - 41mph i wlicza sie w to zarowno miasto jak i troche autostrad. Srednia z calego tygodnia w Birmingham - 11mph. Nieeeeee! Najgorsze po Warszawie miejsce do jezdzenia samochodem. Dlaczego po Warszawie a nie przed? W Wawie nie ma tyle fotoradarow. Superman nie umiej juz latac No tak... idziesz na lotnisko, widzisz pingwiny [czyt: gosci pod krawatem, z aktowka w rece] i jest to standard. Do tego skoro osob ubranych tak jak na codzien, kazda z walizeczka, tez standard. Nagle wylania sie Superman - rowniez z walizeczka. Idzie sobie spokojnie z grupa innych (zwyczajnie ubranych) panow i nikt sobie nie robi z tego jakichs ceregieli, ze wlasnie na lotnisko przybyl Superman i maszeruje dzielnie w kierunku terminala ze swoja walizeczka na koleczkach. No dobra... to pewnie jakis przypadek sobie mysle (bo ow Superman na oko tak ze 35 latek mial) i w koncu kazdy moze czasem zaszalec.
Pojecie 'kazdy' tez nabiera nowego znaczenia (a wlasciwie zaczyna naprawde oznaczac, ze kazdy). Pan w koszuli nocnej dzielnie maszeruje wraz ze swoja obstawa. Nie! To nie ochrona, policja czy personel z wariatkowa. To 5 jego kolegow ubranych w takie same koszulki i spodnie. Jada poimprezowac z okazji wieczoru kawalerskiego. Nie oni sami, bo na lotnisku jest tez 7 pan przebranych za rozowe kroliczki. W barze jeszcze inna grupa panow o cos sie zaklada. Zacnie saczac browarki obstawiaja cos, niestety nie slyszalem o co chodzi. Dosyc glosno rozmawiali, ale lotnikowa strefa knajpowo-bezclowa do najcichszych tez nie nalezy. W koncu jeszcze glosniejsze smiechy i jeden z nich zaczyna na srodku knajpy robic pompki. Moje piwo sie konczy, czas tez i zaraz bedzie moj lot. Wychodze zatem z baru i... kilkanascie osob ubranych na bialo, a pomiedzy nimi... zielony elf. No coz... przetarlem okulary, nadal elf. Piwo bylo tylko jedno, wiec to nie halucynacja. Ot, lotnisko Birmingham International. PS. Jutro tez tam lece. Hotel ten sam. Ciekawe jaka bedzie zupa dnia. Niech zgadne... znow (nadal?) warzywna? :)

niedziela, 6 maja 2012

Laguna Urban Legend

Są tacy co narzekają na auta z kraju słynącego z jedzenia żab i ślimaków i w ich oczach jakikolwiek pojazd tam wyprodukowany z założenia będzie słaby i będzie się psuł. Może kiedyś tak było - nie przeczę, ale przez ostatnie 3 lata miałem przyjemność posiadać Renault Lagunę i ujeżdżać ją minimum 5 dni w tygodniu (ze zdecydowaną jednak przewagą jazdy codziennej). Rocznik 2005, 1.9 diesel dCi, 120KM (kupiona jako 4-latek, sprzedana jako 7-latek). Przez cały ten czas auto było serwisowane, bo wychodzę z założenia "jak dbasz - tak masz" i tak podstawowe czynności jak zmiana płynów wykonywane były regularnie, to tego paliwo kupowane na sprawdzonej stacji (ale o tym za chwilę) i nie było oszczędzania typu "dzisiaj zrobię tylko to, a potem jak już się całkiem rozleci, to resztę". Czy się sprawdził taki model? Owszem! Problemy były bardzo minimalne, ale każde auto takie sprawia - nie tylko to z Francji. Naprawy były w sumie tylko dwie. Mechanizm podnoszenia/opuszczania szyby przedniej od strony kierowcy i pompa klimatyzacji. Poza tymi naprawami, tylko standardowe serwisowania tak jak w każdym innym aucie. Laguna nie zawiodła nigdy. Chciałem gdzieś jechać - jechałem. Trzeba było wrócić - wracałem. Zero zabaw w pchanie lub całkowity pad. Zawsze, ale to zawsze czułem pewność, że mogę na ten samochód liczyć. Ważne to było, bo do pracy mam 25 mil w każdą stronę, czyli przez 5 dni tygodnia mój minimalny dzienny dystans to 50 mil, a doliczyć warto jeszcze zakupy, wycieczki rodzinne, czy choćby od takie wypady tu i ówdzie i też na lotnisko w Dublinie oddalone o ponad 100 mil. Niskoprofilowe, szerokie opony sprawialy, ze auto prowadzilo sie bardzo dobrze przy kazdej predkosci, a klimatyzacja, polskora, skorzana kierownica i pare innych udogodnien dawaly wspaniale komfortowe uczucie. Lac paliwo i jechac. Nic wiecej. No wlasnie! Paliwo. Kiedys mialem Renault Scenic. Starszy model, ale dawal rade do czasu jak nie poszla uszczelka pod glowica. Potem okazalo sie, ze to juz nie pierwszy raz, ale ze poprzednia naprawa byla 'na silikon', to auto pojezdzilo rok i silnik powiedzial 'pieprze, nie robie' i zaczal sie gotowac. Naprawilem, sprzedalem, problemy sie skonczyly. Laguna jednak z racji ze mlodo kupiona i z historia serwisowa prosto z salonu, pozbawiona byla takich 'ciekawych' zjawisk spowodowanych wesola tworczoscia mechanikow klepiacych auta na chodniku. Zawsze dojechala tam gdzie chcialem i wrocila.
No ale co z tym paliwem? Ano to, ze doswiadczenie nauczylo mnie, ze dobre paliwo to podstawa udanego zwiazku z samochodem. Nie dosyc, ze mialem pelne statystyki z kazdego tankowania, to jeszcze zapisane gdzie bylo tankowane, przejechany dystans, itd, itd. Laguna tankowana byla lacznie na 4 stacjach. Przewage jednak miala stacja Texaco. Dlaczego tak? Dlatego, ze tankujac to tyci drozsze paliwo na sprawdzonej stacji, mialem mniejsze spalanie, a w rezultacie moglem przejechac wiecej na tej samej ilosci oleju napedowego co z przymarketowych stacji paliw. Suma sumarum rachunek koncowy wychodzil taki, ze tankujac drozsze paliwo i tak jezdzilem taniej, niz tankujac paliwo na tanich stacjach. Kazda zmiana filtra paliwa konczyla sie jego ogledzinami. Spokojnie moglbym uzywac jednego filtra przez cale te trzy lata, bo z jakoscia paliwa problemow nie bylo. No ale jak zmieniac, to zmieniac i zawsze minimum raz w roku filterek byl nowy. Ale psuje sie elektronika! Tak? Hm... moze innym, bo mi nie. Zero, absolutne zero problemow z elektronika. W sumie pod tym pojeciem moze kryc sie bardzo duzo roznych problemow z autem. Niestety o nich nie opowiem, bo nie mialem zadnego z nich i ta czesc wpisu bedzie najkrotsza. Podsumowujac cala moja przygode z Laduna - standardowe koszty utrzymania samochodu jak w kazdym innym przypadku. Ba! Moze nawet nie, bo pierwsze grzebanie przy zawieszeniu odbylo sie jak auto mialo sporo ponad 5 lat, a mechanik ktory te naprawy popelnial zobaczyl, ze caly zawias jeszcze jest na fabrycznych nitach. Tkie naprawy to jednak normalka przy KAZDYM aucie - nie tylko tym z Francji, wiec legenda o wiecznie psujacych sie lagunach, to tylko legenda - przynajmniej dla mnie. Co po Lagunie? Zminily sie potrzeby i wymagania, wiec juz takie duze auto potrzebne nie bylo, ale nadal jest francuskie.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Gdzie są jaja?

Z racji wykonywanej pracy, sporo czasu spędzam za kierownicą. Żeby sobie umilić ów czas, włączam radio i... przełączam, sprawdzam kolejne i kolejne i na wszystkich to samo tylko w innej kolejności i przeplecione reklamami, tymi samymi na dodatek. O co chodzi? O facetów (kiedyś by się takich nazywało wokalistów) drzymordy z akumulatorami na jajach, albo jajec brak. Gdzie podział się cały power który drzemie w męskim głosie? Pomijając już fakt kretyńskich słów piosenek o niczym, to tego nie da się też nazwać muzyką. Zbiór tych samych nutek tylko grane w różnych tonacjach, te same sample, automat perkusyjny, choć nie. Teraz to coś nazywane 'muzyką' wychodzi z fabryki. Tam się to tworzy na komputerze, wiec nawet poczciwe automaty perkusyjne robotę straciły. Taśmowo leci. Zmienia się tylko gęba na okładce, daje nowa nazwę 'zespołu' czy też ów pana bez jajek co będzie śpiewał niczym kobieta, dodaje tytuł równie pusty jak słowa piosenek... eghem... produktów i wypuszcza na rynek jako super hit. A jak powstaje super hit? Należy go grać w radio co 30min (i to w każdej możliwej stacji radiowej). Na początku niektórzy będą się cieszyć z ów nowości. Niektórym nawet da się wmówić, że to hit i zdobyła - ta nowość rzecz jasna - pierwsze miejsce na (ustawianej wg wpłaconej mamony) liście przebojów. Inni nie zauważą za bardzo, ale tylko do czasu. Do czasu kiedy nie minie pierwszych kilka dni i produkt ten będzie grany na tyle często by po prostu zwymiotować gdy się go słyszy. Efekt jednak ma być tak samo jak palenie papierosów. Fascynacja, ból brzucha, uzależnienie. Niestety (a właściwie to ja się z tego bardzo ciesze) niektórzy staja na etapie wymiotowania i nie da się ich przekonać, że ten 'hit' to hit. Gdzie jest muzyka rockowa? Czy nikt jej nie chce słuchać? To teraz trzeba specjalne audycje dla dinozaurów robić tylko? 1-2h dobrej muzyki, a potem sieczka z fabryk sony, emi, itd. Podsumowując - muzyka ginie, muzycy też. Za wszystkim stoi pewnie jeden człowiek. Tworzy sobie coś na komputerze, potem dobiera do tego marionetki co będą to firmować. Panowie koniecznie muszą śpiewać niczym kobiety, a nie umiejące śpiewać kobiety wcale tu nie są przeszkodą. Skoro już muszą śpiewać, to muszą się też mocno rozebrać by potencjalny oglądający teledysk miał na czym się skupić i zapomniał o fałszowaniu. Blahhh! XXI wiek.

czwartek, 15 marca 2012

Wiosna! Ach to Ty!

Niechybny zastoju nadchodzi koniec! Idzie prawdziwa wiosna. 21 Marca na dodatek powinny być klucze do nowego domu. Więcej przestrzeni, „prywatnościowe” miejsce parkingowe przy samiuśkim ogródku i do tego kominek w salonie. Tak... to nie tylko wiosna idzie, to wiek starczy. Człowiekowi przewraca się w głowie, pragnie swojego kąta w domu, możliwości tworzenia z uwzględnieniem tego, by nie montować za długich zdań, tak jak Ola. Nieee.. co tam zdania. Przecież chodzi o fotografię. Rzecz w tym, że kiedy na dworze zimno, to nic się nie chce i należy zrobić wszystko, by nie wyściubić nosa z domu. Co zimę ten sam scenariusz. Koniec! Zima stop!

Siedzę właśnie w przedziwnym miejscu, niczym w innej czasoprzestrzeni. To moje ciągotki do starych lat. Squatów, punk rocka i przedziwnych osób związanych z muzyką, ta prawdziwą, dobrą muzyką. Nie z wytwórni, nie produktów managerów projektów. Cztery akordy, darcie mordy. Czasem lepsze, czasem gorsze, czasem zupełnie „niesłuchalne”, ale tworzone z pasją i dla ludzi, a nie pod publiczkę. Opera to? Nie wiem. Nie znam się na tym, ale w tle cicho leci właśnie coś na jej wzór. Słychać wodę płynącą do zlewozmywaka. To pani prowadząca ten przybytek myje szklanki po klientach. Krząta się powoli. Starsza, siwa, długowłosa. Słychać też wentylator od klimatyzacji, czy to ogrzewania. Ciężko stwierdzić, temperatura idealna, a „ludzie Belfastu” mają różne fantazje dotyczące klimatyzacji. Głównie tej włączanej zimą.







Pożółkłe ściany, gdzieniegdzie zacieki, pełno plakatów, obrazów i nawet dziecięcych wybryków kreślarskich. Jest też metronom i pełno książek. Oprócz mnie i Aleksandry, która tu majstruje rozdział do książki, jest dwóch panów. Spoglądam przez ramię jednemu z nich. Czyta starą, zniszczoną, na oko mniej więcej z lat 70-80 ubiegłego wieku, książkę o Irlandii. Kiedy podeszła do niego starsza pani by dolać kawy, właśnie zdradził że czytał ją po raz pierwszy około 40 lat temu. To miłe. Musi być dobra skoro do niej wrócił. Drugi z panów właśnie je dobry obiadek, bo jak się okazuje to nie tylko księgarnio-kawiarnia, ale nawet i powiedzieć można restauracja. Domowa taka, bo taka też tu atmosfera panuje. Pan z zupą nie poznał. Kilka dni temu byłem u niego w domu. To profesor z pobliskiej uczelni i miałem u niego do wykonania małe zlecenie z pracy. Zakręcony nieco i nie używający komórki. Podał dwa numery stacjonarne i jak próbowałem się do niego dodzwonić, to nie odbierał żadnego. Mamy rok 2012 i pan stwierdził, że może jednak to czas na zakup telefonu komórkowego, choć nie do końca jest przekonany o konieczności jego posiadania, bo w końcu i tak po godzinie wróciłem do niego do domu i tym razem już tam był, a ja mogłem zrobić co zrobić miałem.

Słowotok. Można pisać i pisać. Czas pokaże czy z sensem. Rundka po Belfaście udana. Zdjęć kilka jest. Mało, ale przecież nie o ilość chodzi. Myśli w głowie coraz więcej, ale za to spokojnych. Muzyka się zmieniła. Teraz grana niczym ze starego patefonu. Czasem głośniej, czasem ciszej, mono i z trzaskami. Pan „od książki” właśnie zbiera się do wyjścia. Już 10 minut wychodzi, bo zagadał się z panią która co jakiś czas dolewa kawy. To taki „big łyk” jak to w jednej z „sieciówek”, tyle że tutaj dolewany z serca, a nie z konieczności z racji zapisu w ofercie.













Paliwo rakietowe. To właśnie wcześniej wspomniana kawa. O ile pół na pół z mlekiem dawała radę, tak po dolewce i już bez mleka nieźle kopie. Czarna, mocna, rozpuszczalna, zaraz będą drgawki. Czas odstawić, bo nawet w tak spokojnym i niestresującym miejscu pikawa może odmówić posłuszeństwa.

Co nie jest zakazane, to wolno. To tak jak z włączaniem świateł w samochodzie w Północnej Irlandii. Nie ma zakazu jazdy bez świateł w nocy, czy może bardziej nakazu by je włączyć. Jest bardziej zasada taka, że skoro kierowca stwierdzi że widzi, to widzi i już. Widzianym być niekoniecznie musi. Stad też sporo takich co jeżdżą bez świateł, albo też jeżdżą na światłach pozycyjnych. Pozycyjne to dla nas – Polaków, bo tutaj to są „side lights” i za zadanie mają uwidaczniać pojazd. Niestety nikt tutejszym kierowcom nie wytłumaczył, że podczas postoju. To jednak tylko przykład, bo chodzi o podejście ludzi nie tylko do takich spraw, ale też do ogólnych zasad funkcjonowania zarówno w życiu jak i internecie. Ostatnio spotkała mnie pewna sytuacja, kiedy to pewna pani bardzo mocno zaczęła się na forum obrażać, bo zwrócono jej publicznie uwagę. Ów pani postanowiła pisać wszystkie swoje posty na różowo. Największą ujmą dla niej jednak był fakt, że została upomniana tak jak cała reszta osób, a nie poprzez wiadomość prywatną. Ponoć tak nie wypada powiadamiać trzydziestolatek, że zachowują się niezgodnie z netykietą. Skąd jednak miałem wiedzieć, że to ten wiek, skoro ów kolor pasuje do dzidzi z podstawówki? O co jednak się tak naprawdę rozchodzi? Czy ludzie naprawdę muszą mieć coś wprost zakazane, by tego nie robili? Czy zwykłe tzw dobre obyczaje i zwyczaje nie są już znane? To tak samo jak szanowne owieczki z pewnej partii politycznej z Jarosławem Zbawicielem na czele. Aborcja, ciężki temat, ale skoro opiera się do o wiarę w Boga, to czy wierzącej osobie trzeba będzie tego zabronić ustawą by tego nie zrobiła? O co zatem się rozchodzi? O zakazy, czy brak umiejętności samodzielnego myślenia pewnych jednostek?





Blondyna z BBC. Okazało się, że na BBC Radio 4 ma być wywiad z Olą. Zatem by zrobić sobie przerwę w przerwie od wszystkiego, postanowiłem dzielnie jej towarzyszyć i udać się z nią do pobliskiego BBC Broadcasting House. Jak się szybko okazało, wywiad przeprowadzany był na odległość. Wszystko rzecz jasna brzmieć będzie, jakby redaktor prowadzący i Ola siedzieli w jednym pokoju, ale prawda jest taka, że dzieliła ich woda. Dużo wody, bo to było połączenie studia w Belfaście, ze studiem na większej wyspie. Próba mikrofonu i pani, bardzo sympatyczna blondynka, jak się później okazało związana z BBC od ponad 20 lat, włączyła mikrofonik, dała nam słuchawki i... poszła. Całości dopełniały tylko odgłosy... wiertarki udarowej, bo przecież idealnym momentem na wiercenie jest czas kiedy powstają programy. Jak to stwierdził pewien pan co się przewinął przez studio – „no w końcu jesteśmy w BBC”. Okno też okazało się być uchylone, a przez co w słuchawkach był cały wachlarz odgłosów życia codziennego. Chciałem zrobić zdjęcie. Nawet jedno, czy dwa zrobiłem, ale to zanim zaczęło się nagrywanie. Głos z drugiej strony kabla przekonywał Aleksandrę, by mówiła bezpośrednio do mikrofonu, który na czas nagrania miał stać się jej kochankiem. Starała się, była blisko, ale ja nadal słyszałem to przedziwne jak na daną sytuację echo. Po 30 minutach nagrywania nastąpił oczekiwany koniec. Ponieważ sprzęt pozostawał nadal włączony, a połączenie z drugim studiem nie było zerwane, postanowiłem w prosty sposób, pukając delikatnie w mikrofon, sprawdzić czy... ten drugi mikrofon jest włączony. Nie był. Przez cały czas Ola mówiła do wyłączonego mikrofonu. To zdecydowanie wyjaśniło to echo. Mina kiedy jej to powiedziałem bezcenna!


PS. Studenciaki szykują się na Św. Patryka.





Dosyć na dzisiaj.

poniedziałek, 12 marca 2012

Kolorów wiele... wiosna idzie!

Przez ostatnie dni widziałem śnieg i letnią pogodę. Ów śnieg był przez całe 15min i tylko w jednym małym miasteczku, wiosce nawet bym powiedział. Ba! Nawet nie całej, a na jednym osiedlu. Najpierw północne wybrzeże Północnej Irlandii i piękna słoneczna pogoda z nadchodzącymi chmurami niosącymi dosyć konkretny deszcz. Godzinę później (i jakieś 30 mil dalej) już zima. Śnieg zaskoczył wszystkich. Bus i jedno auto osobowe z przodu nie dały rady. Choć to w sumie nie o auta chodziło, a ich kierowców. Nie przyzwyczajeni i nie nauczeni, że pod górkę, to z dwójeczki i delikatnie, a zatrzymywanie się w połowie podjazdu to nie najlepszy pomysł. Cóż pozostało zrobić? Kierunkowskaz i jazda! Jak wracaliśmy z góry - co zajęło nam z robotą jakieś 10min - nie było już w 100% biało. Wyłaniał się asfalt, a kolejne 5min później nikt by nie powiedział, że tam leżał śnieg, a co najwyżej że deszcz padał. To nie o tym jednak miała być mowa. Wiosna idzie! Z tej właśnie też okazji, w Belfaście, odbył się Festiwal Kolorów. Oprócz tego, że oznacza to znów poranne ćwierkanie ptaków, wychodzenie i wracanie z pracy kiedy jest jasno, to życie znów będzie życiem, a nie zimową wegetacją. Więcej słońca, więcej zdjęć, więcej wycieczek. A na razie kilka zdjęć z Festiwalu Kolorów, gdzie hindusi pokazali wielką klasę jak robić dobre imprezy i jak wspólnie bawić się bez podziału na kolor skóry czy religię. Imprezę nawiedził również Mer Belfastu.









poniedziałek, 19 grudnia 2011

Już niebawem :)

O tak! Już niebawem powrót do audycji radiowych w Raidio Failte, ale tych z Olą. Znów będzie zakręcona muzyka z róznych dziwnych zakątków świata. Do tego opowieści dziwnej treści i kawowy humor z nad konsolety. Do tego zapowiada się świątecznie w miłym gronie i też zwiedzanko (i nie tylko) w Enniskillen. Oj będzie się działo.

I coś jeszcze ważnego! W te święta NIE pracuje. O tak! Tak będę leżał :) A żeby nie było, że wpis bez zdjęcia, to dodaję troszkę komórkowej twórczości prosto z Belfast Continental Market.